Mołdawia2004 - Relacja z wyprawy

Oto relacja z wyprawy "Mołdawia2004". Podobnie jak poprzednie, tak i ta, będzie zawierała dużą ilość przydatnych, mam nadzieję, informacji. Jako uzupełnienie wrzucam na stronę scany monet i banknotów z Ukrainy, Mołdawii oraz Republiki Naddniestrzańskiej - to na podstronie "Monety i banknoty".
Wybaczcie proszę ciasnotę mojej polszczyzny, wybaczcie też toporność opisu i często pojawiające się w tekście dosadne sformułowania. Po prostu jaka relacja, taka wyprawa i tacy my. Następnym razem będzie lepiej. Zapraszam do czytania i nadsyłania uwag - obiecuję, że odpowiem na każdy e-mail.

Spis treści :

1. Pociągiem osobowym przez Polskę do Lwowa
2. Jeden dzień we Lwowie
3. Czerniowce i Chocim
4. U biskupa w Kamieńcu Podolskim
5. Granica ukraińsko-mołdawska
6. Mołdawia - Bielce
7. Orheiul Vechi - największa atrakcja Mołdawii
8. Jeden dzień w Kiszyniowie
9. Republika Naddniestrzańska - kraj, którego nie ma
10. Odessa i Akerman
11. Ostatnia doba wyprawy "Mołdawia2004"

Oznaczenie Galerii na końcu rozdziału !  Galeria na końcu rozdziału !





Drukuj Relację z wyprawy !     Relacja w wersji do druku !

1. Pociągiem osobowym przez Polskę do Lwowa


Pociągiem osobowym z Katowic do Przemyśla
Pociągiem osobowym z Katowic do Przemyśla
Tym razem jedziemy do Mołdawii. Miała być rok temu, miała być na wiosnę, ale gdy 28 maja 2004 roku zniesiono wizy nie było już na co czekać. Raz dwa powrzucaliśmy łachy do walizek, do tego skserowany rozdział o Mołdawii z przewodnika LP "Romania & Moldova" (click) 25 kB oraz Pascal "Ukraina" kupiony na Allegro (click) 19 kB. Nie zapomnieliśmy o kiełbaskach "Krakus" i fasolce po bretońsku w słoiku o masie netto 300 g za 2,58 PLZ, która jest sztandarowym produktem własnym sieci supermarketów Ruchan - to na dno plecaka. Aha, jeszcze paszport, trochę USD i mBankowe ubezpieczenie podróżne na 8 dni za 16 PLZ. Od decyzji do wyjazdu tylko 48 h. Zatem można wchodzić w bloki startowe, które - jak zawsze - znajdują się dla mnie na dworcu kolejowym w Katowicach. Zaczyna się pierwszy z 10 dni wyprawy "Mołdawia2004". Tak więc kupujemy bilet na osobowy z Katowic do Przemyśla za 26,50 PLZ - tutaj scan na chwili wieczną pamiątkę (click) 30 kB. Z reklamówką pełną bananów w zębach lecimy na peron - najtańsze i najlepsze banany w Polsce są w budach na parterze katowickiego dworca; poza tym to także najbrzydszy dworzec w tym kraju. O 9.42 odpalamy do Tarnowa, gdzie docieramy po 3 godzinach. Parę minut na przesiadkę i kolejnym osobowym już prosto do Przemyśla. Pogoda za oknem się psuje, najpierw czarne chmury, potem - w Dębicy i Rzeszowie - już ulewa na całego. Nieładnie zaczyna się ta podróż. Pasażerowie wsiadają i wysiadają, jedni wracają z roboty do domów, a wyelegantowana młodzież jedzie chyba z egzaminów na uczelni, żałobnicy z pogrzebu oczywiście na czarno, a my do Mołdawii. Fajnie tak popatrzeć i pomyśleć. Przemyśl wita nas widokiem ładnych pagórków, na których to miasto jest rozłożone, potem most na Sanie i już dworzec. Godzina 15.57 - pierwszy etap podróży i 323 km za nami. Fotka na peronie i szybko opuszczamy ładny dworzec. Przechodzimy przejściem podziemnym pod peronami na - położony po drugiej ich stronie - dworzec PKS. Wychodzimy schodami na górę i od razu trafiamy na tablicę z napisem : "Minibus ekspresowy Przemyśl - Medyka : 2 złote". Wkładamy kierowcy monetę w łapę i już siedzimy w tym ekspresowym (ponoć) bolidzie. Jeszcze chwila, aż zbierze się komplet pasażerów i lecimy do Medyki (14 km). Fakt, było szybko - 15 minut. Medyka to ładna wiocha, polecam szczególnie drewniany kościółek z tablicą upamiętniającą wizytę Karola Wojtyły jeszcze jako kardynała oraz coś, co wygląda jak dawny folwark. Postój minibusów i terminal graniczny dla pieszych dzieli może 200 m. Najpierw musimy wymienić złotówki na ukraińskie hrywny (UAH). Kantorów na granicy nie brakuje, ale kursy sporo się różnią - warto pochodzić i pooglądać. Najlepszy, jaki znaleźliśmy, to 1 UAH za 0,80 PLZ. Tutaj kwitek z kantoru (click) 17 kB. Ukraińska kasa wygląda tak (click). Dobra, mamy wszystko - pora ruszać. Ustawiamy się w kolejce do okienka, parę minut i koleś wbija nam pierwszy stempelek do książeczki z orłem na okładce (click) 13 kB. Potem idzie się chodnikiem ogrodzonym metalową siatką 200-300 m do budy ukraińskiej odprawy granicznej. Dziwne, ale Ukrainiec na nasz widok się ucieszył, gdyż widocznie stanowiliśmy pewną osobliwość wśród masy handlarzy. Z ojcowską cierpliwością wytłumaczył nam, jak wypisywać imigracyjną kartę, po czym jej połowę oderwał, a drugą nam zostawił byśmy oddali przy wyjeździe z Ukrainy. Na koniec stempel do paszportu (click) 15 kB.

Wspomniana zmiana koła w marszrutce
Wspomniana zmiana koła w marszrutce
Jesteśmy na Ukrainie. No prawie, bo na końcu jeszcze jakiś koleś z kolejnego okienka krzyczy, że musimy wykupić ubezpieczenie ("strachowanje"), ale po chwili sam podpowiada, że jeśli nie chcemy, to możemy oświadczyć, że jesteśmy studentami. W takim razie mówię mu, że "jesteśmy studentami" i na tym kończy się nasza znajomość z tym gościem. Teraz to już naprawdę Ukraina. Zegarki + 1 h. Kolejne 200 m dalej znajduje się przystanek autobusowy. Obok niego, na słupie oświetleniowym, wisi tablica z rozkładem jazdy minibusu ("marszrutki") nr 297 do Lwowa (click) 56 kB. Mamy trochę czasu, więc rozkładamy toboły i robimy żarcie. Czekamy. Wreszcie nadciąga. Trochę mała, a konsumentów sporo. Trzeba walczyć o to, by wleźć do środka. Udało się - sporo ludzi zostało na przystanku. Przejazd do Lwowa kosztuje 7,50 UAH płatne kierowcy do łapy. Przed nami 80 km i 1 h 15 minut jazdy. Ja siedzę na samym tyle, nad prawym kołem - na łbie mam plecak, a nogi na namiocie. Iza nie ma lepiej. Marszrutka pędzi do Lwowa. Może po 5 kilometrach nagle "buum !", kierowca kręci w desperacji kierownicą, auto na moment zjeżdża na lewą stronę jezdni, potem wraca na prawe pobocze. Zbladłem. Zatrzymało się. Kierowca powiedział tylko "Job twoju mać". To była opona, akurat tylna prawa, czyli ta, na której w zasadzie ja siedziałem. Dlaczego wszyscy załoganci patrzą z wyrzutem na moje 105 kg ? No cóż, pozostaje tylko udawać głupiego - wysilać się nie trzeba. Wyłazimy na zewnątrz i obserwujemy procedurę zmiany koła. Kierowca szybko uporał się z zadaniem i pojechaliśmy dalej. Już bez problemów. Kocimi łbami brukowanych ulic Lwowa podjechaliśmy pod dworzec kolejowy. Jest 20.55. Ciemno naokoło, latarnie uliczne nie działają - wiadomo, kryzys. W dworcowej kasie sprawnie kupujemy bilety na pociąg nr 604 do Czerniowców na następny dzień. Cena 17 UAH za plackartę i 22 UAH za kupe - bilet wygląda tak (click) 38 kB. Rozkład jazdy ukraińskich kolei na www.poezda.net. Teraz trzeba już tylko znaleźć spanie. Wyciągam z plecaka Pascala "Ukraina" i otwieram stronę z mapą miasta. Iza dokłada swój plan Lwowa i ruszamy. Ciemno jak wiadomo gdzie, ale humor nam dopisuje. Idziemy w kierunku starówki - Opery i Katedry. Mamy namiar na Polkę o imieniu Stefania, która za 6 USD oferuje turystom noclegi (jej adres : ul. Teatralna 7/2b). Z dworca do centrum nie dalej jak 2 km. Robi się ładniej, nawet latarnie świecą. Na chwilę zatrzymujemy się przy fontannie pod Operą. Ulica Teatralna jest 200-300 m dalej, a nr 7 akurat dokładnie naprzeciw Katedry (dosłownie 10 m od niej). Paskudna kamienica, ciemna brama i tabliczka "7". Wchodzimy na drugie piętro, w lewo i pukamy do drzwi z napisem "2b". Wyłazi Stefania. Miła babka, nocleg załatwiony. Powiedziała, że sama miejsc nie ma, ale zadzwoni po siostrę i spać będziemy u niej. Nam pasuje. Stefania bardzo się ucieszyła, że jest znana w polskim Internecie. Powiedziała też, że normalnie sama by nas zaprowadziła do siostry, ale ostatnio zafarbowała włosy i trochę się wstydzi wyłazić na ulicę. Muszę przyznać, że oceniła efekt na swojej głowie z pełnym obiektywizmem. Wspólną fotkę nie zaszkodziło zrobić. Siostra przyszła pół godziny później i poprowadziła nas ciemnymi ulicami do siebie. Na starówce akurat rozpoczął się pokaz sztucznych ogni, które wybuchając - nad tonącym w ciemnościach miastem - prezentowały się wyjątkowo okazale. Chata bardzo wygodna. Mamy cały pokój, kibel i dostęp do kuchni. Cena : 6 USD od osoby. Pasuje. Kolacja i oglądanie TVN, w którym Edward Miszczak siedział w kolejnej "Celi", zakończyły ten dzień.


Foto (foto1) (foto2)